Siedzimy przy kamiennym stole. Przed nami parują bao, obok zimna „kaczka” po pekińsku i udawany kurczak z papryczkami, świecący się od tłuszczu i przypraw. Zielony, warzywny farsz parzy język. Kątem oka widzimy, jak obsługująca nasz stolik Chinka w średnim wieku pospiesznie przywołuje kucharza i pokazuje w naszą stronę. Dawno na żadnym wyjeździe nasze europejskie, blade twarze nie były dla lokalsów atrakcją.

Wielkie budynki i wielki brat
Gnamy z lotniska maglevem, koleją magnetyczną, która ma osiągać największą prędkość na świecie. Na początku chuśta nami jak w wagoniku kolejki górskiej. Przesiadamy się w metro, gdzie przechodzimy naszą pierwszą, szybką kontrolę bagażową. Na przestrzeni kolejnych dni zaliczymy takich kilkadziesiąt. Z podziemi wybijamy się przy Nanjing Road, najbardziej rozpoznawalnej ulicy w Szanghaju. Przez chwilę wydaje mi się, że jesteśmy w jednym z tych filmów, gdzie człowiek robi się malutki, a świat wokół niego pozostaje ogromny. I spędzimy resztę tej wakacyjnej fabuły próbując znaleźć jakiś specyfik, który przywróci nas do normalnych rozmiarów. Ale nie, to nie my zrobiliśmy się mali, tylko Szanghaj ogromny.
Szklane wieżowce, odbijające słońce jak wielki gabinet luster, przecinają horyzont znad drzew parku People’s Square. Chociaż mówienie o parku w kontekście tworu który ma prawie 150 tys. m² wydaje się trochę umniejszające. Ulice są onieśmielająco szerokie, neony wielkie, a wszystko niesłychanie imponujące. Kiedy zameldujemy się w naszym hotelu (z nieprzesadnie wysokiej półki cenowej), okaże się, że nawet hotelowy telewizor jest tak potężny, że ledwo mieści się na ścianie.

Wielki brat, który w oczach zachodniego świata jest czymś pociągniętym do skali wręcz legendarnej, jak obcy albo piramidy, zerkna na nas na każdym kroku. Gałązki kamer nie kryją się ze swoją obecnością. Nie różni się to od żadnego większego miasta ani kraju w ogóle; tutaj korporacje zastępują rząd. I przynajmniej da się odczuć, że dostaje się w zamian jakąś namiastkę komfortu, zamiast corocznej afery wycieku danych. Funkcjonariusze policji widoczni są na ulicach co kilkaset metrów. Zdecydowana większość nie ma przy sobie broni. Kiedy gubimy się w metrze, doradzają nam, w jakim kierunku mamy się kierować. Przy każdej przejażdżce metrem pokazujemy zawartość torebek albo wrzucamy plecaki pod skaner. Kontrola nie trwa więcej niż 10 sekund.
Za białym królikiem
Mijamy siatkę wąskich uliczek. Rano Chińczycy w każdym wieku będą rozlewać się z chodników na ulice, czekając w kolejkach po śniadaniową porcję pierożków lub zupy. Pachnie chili, tłuszczem i cytrusami ze sklepiku naprzeciwko. Czerwony szyld Coca-Coli daje po oczach, a pod nim dwie starsze panie sprzedają owoce. Soczyste persymony i pomelo przykryte plastikową pierzynką.

Tańczymy pomiędzy skuterami i docieramy do głównej ulicy, wschodniej drogi Nanjing. Tak szerokiej, że można by puścić przez nią trójpasmówkę. Ale zamiast tego zostają tylko przechodnie, leniwie włóczący się neonową ulicą. Tutaj ani skutery, ani samochody nie mają wstępu.


Każda sklepowa witryna to kapitalistyczny disneyland w rzekomo komunistycznym kraju. Buchająca parą rzeźba smoka zachęca do kupienia sezamowych przekąsek w bombonierkach. Połowa ilustracji wygenerowana jest przez AI. Co kilka metrów śledzimy białego królika – mleczne cukierki White Rabbit to uwielbiany słodycz, więc oglądamy jak marka ściga się sama ze sobą w tworzeniu coraz bardziej imponujących wystaw. Wybieramy 10 smaków, od toffi po śmierdzącego duriana, mieszamy je w papierowej torbie i w hotelu bawimy się w losowanie jak fasolki w Harrym Potterze.

Ruszamy dalej i docieramy do The Bund. Oglądamy panoramę Szanghaju z wieżą widokową Oriental Pearl otwierającą pochód nowoczesności. Najwyższe z budynków docierają aż do chmur, na szczycie niebieskie światło ekranu próbuje przebić się na powierzchnię, jak oko saurona zrobione z ekranów lcd. Ciężko nie pomyśleć, że ludzkość zabrnęła za daleko i zaraz fragmenty tej korporacyjnej wieży Babel spadną do rzeki Huangpu, na której tańczą kolorowe refleksy miejskiego krajobrazu. Jednocześnie oglądanie horyzontu usłanego szkłem i światłem w takiej skali jest niesamowicie satysfakcjonujące. Następnego dnia z takim samym zachwytem będziemy oglądać stare miasto. Ale dzisiaj jeszcze oglądamy nowe. I śmiejemy się z drapaczy chmur, które wyglądają jak otwieracz do piwa.

Magnesy z innej planety
Wiele rozwiązań w Chinach zaskakuje. Pierwszego dnia dowiedzieliśmy się, że w naszym hotelu pomiędzy piętrami kursuje robot, dostarczając szczoteczki do zębów i mydełka na życzenie. Wygląda jak połączenie roomby i małej lodówki. Przez cały wyjazd płacimy telefonem pokazując kod QR w aplikacji Alipay, nawet za pokemona z automatu na kulki. Ale prawdziwe wyżyny technologiczne naród chiński osiągnął w obszarze pamiątkowych magnesów. Magnesy z Szangaju dostępne są we wszystkich kolorach i kształtach, jakie człowiek może sobie wyobrazić. Zobaczymy panoramę The Bund roztaczającą się na bambusowym parowarze. Wahlarz, za którym znajduje się ruchome koło ilustrujące poszczególne pory roku. Magnes, który nie ma przynajmniej trzech elementów, najlepiej przestrzennych i w jakiś sposób interaktywnych, jest absolutnym wyjątkiem. Chiny ustawiły magnesową poprzeczkę bardzo wysoko.


French Concession
Przyglądamy się licznym, magnesowym kolekcjom, przeciskając się alejkami Tianzifang. Siatka uliczek przypomina Wietnam: są nieduże, gęste, nasycone kolorem i przytulne. Aromat kawy miesza się z czosnkiem. Siadamy w małej knajpce, Miłosz próbuje po chińsku upewnić się, że dorwiemy coś bez mięsa. Zajadamy się scallion oil noodles. Makaron jest prosty, tłusty i fest pyszny. Potem robimy slalom przez sprzedawców zaganiających nas do oglądania bransoletek z udawanego jadeitu i sukienek quipao. Na te ostatnie będziemy polować innego dnia. Przypadkiem trafiamy do niewielkiej pracowni ceramiki. Młoda artystka lepi talerze w pieski i uśmiechnięte kubeczki z rumieńcami.

Tianzifang to kolaż miejsc gdzie typowe turystyczne sklepy przecinają się z lokalnym rękodziełem, a naszykowane na obcokrajowców knajpy – z budami gdzie nie uświadczymy śladu języka angielskiego. Przyjemne miejsce do eksplorowania, napakowane małą sztuką, czasami rozkoszną, czasami dziwną, a czasami będącą jednocześnie obiema tymi rzeczami. Na drugie śniadanie łapiemy z okienka placki z zieloną cebulką. Chrupiące, oleiste ciasto zostawia za nami okruszki. Jak Jaś i Małgosia ruszamy dalej przez szanghajski las.


Przemierzamy dalej pofrancuską dzielnicę nazwaną French Concession, chińska architektura ustępuje europejskiej. Dużo zieleni i cegły. Docieramy do budynku Wukang, który słynie głównie z tego, że ludzie robią mu zdjęcia. Robimy i my. W okolicy trafiamy na kilka zatłoczonych, ale przyjemnych księgarni i sklepów muzycznych. Spacerujemy po okolicy, aż w końcu decydujemy się zawrócić na stację metra. Fala rowerów miejskich ma niebiesko-żółty kolor.


Czerwone flagi, czerwone światła
Wieczorem trafiamy na szanghajskie stare miasto, nazwane Shanghai Old Street. Rzędy ulic z budynkami utrzymanymi w tradycyjnym stylu dynastii Qing i Ming wyglądają jak scenografia serialu historycznego. Czerwono-żółte światło sprawia, że wszystko jest wręcz nierealne. W tle leci muzyka, lekko pompatyczna i fantazyjna. W tym mieście niemal każde ważne miejsce ma swoją własną ścieżkę dźwiękową. Old Street nie jest wyjątkiem.

Na parterze, pomiędzy drewnianymi kolumnami, góry błyszczących pamiątek przeplatają się z górami krewetek i noodli. Gdyby nie temperatura zwiastująca początek zimy, pewnie spróbowalibyśmy lodów w kształcie pandy. Zamiast tego celujemy w maślane ciasteczka w kształcie serca i ciastka księżycowe. Te drugie, w stylu szanghajskim, nie przypominają już małych dzieł sztuki znanych nam z Wietnamu, a raczej utylitarne mikrobułeczki zwieńczone czerwoną pieczątką. W środku mocno ziołowe, z ostrym kminkiem wybijającym się ponad jakikolwiek inny smak.
Zwiedzając Szanghaj na własną rękę mamy ten przywilej, że w miejsca możemy wracać niezależnie od przygotowanego przez kogoś planu. Kiedy następnym razem przyjdziemy tutaj wieczorem, młoda DJka będzie siedzieć na balkonie jednego z tych abstrakcyjnych budynków i serwować set muzyczny rozbawionemu tłumowi.



Chińczycy opanowali marketing swojej kultury do perfekcji. Gdybym miała zacząć rozkładać to na części z perspektywy zawodowej, to najbardziej konsekwentne użycie elementów wizualnych w skali narodowej, jakie widziałam. Wszędzie czerwień i złoto, wszędzie coś, czemu można przypisać pierwiastek „tradycyjny”. Częściowo propagandowe, jak każda marketingowa zagrywka, ale przede wszystkim bije z tego ogromna duma z własnej kultury. Szczególnie, jeśli weźmiemy pod uwagę, że większość turystów to też Chińczycy.

Europejski miś panda
Przechadzamy się przez zielone ścieżki szanghajskiego zoo, szukając pand. Wśród grupek dzieciaków wzbudzamy większe zainteresowanie niż puchaty, ciapowaty miś. Stadka szkolnych wycieczek gapią się na nas uroczo bezczelnie, dzieciaki machają i kierują w naszą stronę zaciekawione „hello!” a potem wybuchają śmiechem. Mimo tego specjalnego zainteresowania, w większości codziennych sytuacji doceniam autentyczność, z jaką Chińczycy nas traktują. Są chyba pierwszym narodem azjatyckim, który potrafi człowieka wkurwić przepychaniem się w kolejkach. Kiedy otwierają się drzwi metra, nie ma zmiłuj, zaczyna się walka o miejsce siedzące. Trzymanie dystansu, jakie znamy ze wszystkich do tej pory przebytych krajów Azji Wschodniej, od Malezji po Japonię szczególnie, w Chinach, nie wydaje się przesadnie istniejącym konceptem społecznym. Gdzieś indziej byłoby to irytujące, tutaj daje mi poczucie znalezienia tej słynnej autentyczności w podróżowaniu do innego kraju.

Uliczne Tai Chi
Jest niedziela. Albo wydaje mi się, że jest niedziela, bo wszystko ma znajomą mieszankę spokoju i melancholii. Miłosz się rozchorował, więc tego dnia eksploruję sama. Łapię papierowy plan metra i wytyczam trasę analogowo, odgrywając rolę prawdziwego podróżnika. Jadę do świątyni Longhua i obserwuję jak Chińczycy chodzą naokoło pagody, modląc się i trzymając kadzidła. Powietrze jest gęste i siwe od dymu, obok w bajorku odpoczywają żółwie. W poszczególnych budynkach kompleksu świątynnego ludzie składają dary i kłaniają się złotemu buddzie.



Wsiadam w metro i jadę dalej trasą religijną, do świątyni Jin’gan. Ponad złotymi wieżami górują szklane biurowce. Niebo jest blade od słońca. Ulica naprzeciwko świątyni pełna jest ludzi i muzyki. Emeryci w kolorowych strojach tańczą ku uciesze przechodniów. Widok, który na szangajskich ulicach jest zaskakująco częsty. Obok znajduję staw, nad którym unoszą się kłęby sztucznego dymu. Niedaleko dalej park, gdzie ludzie piknikują, siedzą i cieszą się ładną pogodą. Włóczę się jeszcze trochę, nigdzie mi się nie spieszy. Ostatni dzień w Szanghaju kończymy w naszej ulubionej knajpie, tej samej gdzie tydzień temu kelnerka targała kucharza, żeby nas zobaczył. Bao nadal parzą w język, a ja nie wiem jak skończyć ten wpis więc kończę książkową klamrą kompozycyjną.



Tygodniowy plan zwiedzania Szanghaju
Będzie to plan dość leniwy. A to dlatego, że instrukcja obsługi Chin, szczególnie bez znajomości języka, nie sprzyja gonieniu za napiętym grafikiem. Zostawiam trochę przestrzeni na pogubienie się, rozkminianie trasy czy zwyczajne poszwędanie się po okolicy.
Dzień 1
Przylot, zameldowanie w hotelu i chwila na oddech. My zatrzymaliśmy się w okolicach wschodniej drogi Nanjing, pomiędzy przystankami metra People’s Square i Nanjing Road mieliśmy całkiem idealne podejście do całego miasta. Obiad w okolicy People’s Square a następnie wieczorny spacer po Nanjing Road aż do The Bund, koniecznie po zmroku. Po drodze zatrzymujemy się na dłużej w Bailian ZX Creative Arena, centrum handlowym dedykowanym mandzie i anime. Na Nanjing Road możemy spokojnie spędzić parę godzin, jeśli mamy wyjątkowo pojemny żołądek, to nawet dłużej. 😉


Dzień 2
Pierwszą część dnia poświęcamy na eksplorację French Concession, czyli pofrancuskiej części Shanghaju. Zaczynami od uliczek Tianzifang, następnie okolice budynku Wukang i spacer po dzielnicy. Wracamy odetchnąć, a wczesnym wieczorem wybywamy na Shanghai Old Street.


Dzień 3
Rano wyruszamy do Yu Garden, ogrodów w sercu starego miasta. Zainteresowanie jest duże, ale spokojna atmosfera miejsca balansuje przebijające się przez nie tłumy. Następnie polujemy na sukienki cheongsam w niedalekiej hali targowej, zahaczając o sklep 福佑门. Chwila wytchnienia w hotelu i około południa ruszamy do Zhujiajiao, miasteczka kanałowego kawałek od Szanghaju. Wyprawa w jedną stronę wymaga przesiadki i zajmuje nam ok. godziny. Tam spędzamy resztę dnia,


Dzień 4
Jedziemy do Shanghaj Zoo. Miejsce jest ogromne i przemiło się po nim spaceruje w słoneczny poranek. Moglibyśmy spędzić tu większość dnia, ale po dwóch godzinach łapie nas zmęczenie. Jedziemy do dzielnicy Xintiandi. Przechodzimy przez świątynię Shanghai Fazang Jiangsi, w świątynnej restauracji jemy obiad, a potem idziemy powłóczyć się po uliczkach. Wieczorem jedziemy w okolice świątyni Jin’gan. Świątynia jest już zamknięta, ale podświetlone złote wieże wyglądają imponująco, a okoliczne alejki aż zapraszają, żeby zaszyć się gdzieś na herbatę. Wracając, jedziemy zobaczyć wielkiego Gundama, ale mylimy lokalizację i kończymy pod Oriental Pearl.
Dzień 5
Jedziemy na Chinese Dinner Experience, które zarezerwowaliśmy wcześniej przez Klooka. W sali balowej urządzonej w starochińskim stylu oglądamy pokaz będący połączeniem tańca i śpiewu, obrazujący historię dynastii Tang. Przedstawienie jest podzielone na części, a pomiędzy nimi serwowane są niewielkie posiłki. Wieczorem przechodzimy się jeszcze raz po starym mieście i Nanjing Road. Dzień raczej leniwy.

Dzień 6
Rano jedziemy do Shanghai Propaganda Museum, niewielkiego przybytku będącego prywatną kolekcją chińskich plakatów propagandowych. Potem spędzamy resztę dnia w Joy City, ogromnym centrum handlowym, którego znaczna część poświęcona jest mandzie i anime. Potem jedziemy przejść się jeszcze raz po starym mieście za dnia. Miłosza zaczyna dopadać przeziębienie, więc zaszywamy się w hotelu wcześniej.

Dzień 7
W okolicach południa jadę do świątyni buddyjskiej Longhua, ze słynną Longhua Pagoda w roli głównej. Kompleks świątynny jest spory, odwiedzających też dużo. Następnie wsiadam w metro i jadę do świątyni Jin’gan, tym razem za dnia, z możliwością przejścia przez liczne, świątynne balkony. Na przeciwko świątyni jest deptak, za nim staw i park, przechadzam się po okolicy. Następnie jadę na People’s Square, konkretnie w miejsce gdzie odbywa się weekendowy marriage market, czyli miejsce gdzie (najczęściej) rodzice szukają swoim dzieciom partnerów ogłaszając się w parkowych alejkach. Zainteresowanie jest ogromne i tłumy strogie, nie jestem pewna, czy oglądających, czy zainteresowanych ofertami, więc szybko wymykam się w boczną alejkę, żeby nie blokować dostępu lokalsom. Przechadzam się po mniej uczęszczanych uliczkach parku.

Czego nie udało się zobaczyć
Leceliśmy do Szanghaju z założeniem, że na pewno nie uda nam się zobaczyć wszystkiego co chcemy, niemniej i tak udało nam się dotrzeć do większości zaplanowanych miejsc. Układaliśmy sobie też na bieżąco mikromisje, chcieliśmy np. znaleźć jakiegoś rodzaju małe pracownie artystyczne z plakatami chińskich artystów/ilustratorek/grafików, co się niestety nie udało, ale za to znaleźliśmy uroczy, kolorowy lumpeks w japońskim stylu retro i mikro muzeum poświęcone tajwanowi. Największą logistyczną wtopą było szukanie Gunadama (wielkiego mecha, w Japonii jest taki w Tokio i w Fukuoce, trzeci jest właśnie w Szanghaju). Lokalizacja internetowa zaprowadziła nas w zupełnie inne miejsce, okazało się, że faktyczny Gundam jest ponad godzinę od centrum i generalnie nie po drodze, więc odpuściliśmy. Nie zobaczyliśmy też Shanghai Circus World, pokazu akrobatycznego który jest ponoć super. Mieliśmy też w planach jedno/dwudniową wyciezkę do Suzhou albo szanghajskiego Disneylandu, ale pod koniec zaczęło dopadać nas przeziębienie. A trochę już zwyczajnie nie mieliśmy siły.

Podsumowując, na pewno udałoby się w takim tygodniowym planie zwiedzania zmieścić więcej, szczególnie wycieczek jednodniowych, niemniej całościowo leniwe podróżowanie po mieście było ekstra. Udało nam się zobaczyć to, co duże i popularne; udało się też zobaczyć mnóstwo rzeczy małych i ukrytych. Finalnie, wycieczka do Chin, nawet w tak ograniczonym czasie i miejscu, doskonale wyciągała z kulturowej strefy komfortu. Wiele rzeczy było skrajnie innych, dziwnych, wielkich, super ciekawych. A to dopiero mały fragment tego wielkiego kraju.




Zostaw odpowiedź