
Biegliśmy na autobus na przeciwko Seoul Station, wparowując w ostatniej chwili pierwszymi drzwiami i odbijając nasze Climat Cards. Okazało się, że nie mamy środków na pełen przejazd. Zapomnieliśmy podładować kart zawczasu. Zawstydzeni zaczęliśmy wycofywać się z pojazdu, przepraszając kierowcę. Ten po sekundzie zamachał, pokazując nam na liczniku, że obniżył początkową cenę przejazdu. tak żeby akurat starczyło nam to, co na kartach mieliśmy (w Seulu na wejściu pobierana jest kwota za pełen przejazd tarsy, a przy odbiciu karty na wyjściu dostaje się zwrot za niewykorzystaną część przejazdu). Z uśmiechem i na luzie. Pojechaliśmy, starczyło nam akurat.
Ta losowa, przejazdowa historia przypomniała mi, jak próbując wsiąść do autobusu w Tokio nie mogliśmy zmusić automatu żeby przyjął nasz banknot. Japońskie automaty zjadające gotówkę są turbo wrażliwe na zagięcia, długo zastanawialiśmy się, czy Japończycy je prasują (i odpowiedziliśmy sobie, że chyba tak). Za nami ustawiła się zniecierpliwiona kolejka, równie zniecierpliwiony kierowca rzucał nam zniecierpliwione spojrzenia, więc szybko wycofaliśmy się i zrezygnowaliśmy z naszych autobusowych planów. I rozumiem w tej sytuacji absolutnie wszystkich, spieszących się do pracy i na kolejny przystanek. Niemniej jest to doskonały case tego, o ile bardziej chciana czuje się osoba podróżująca do Korei, niż czasami do Japonii. Plus jeszcze na lotnisku w Seulu dostaliśmy za sam fakt bycia turystami płócienne torby, więc Korea 1, Japonia 0, sorry.

Różowy lew obrońca Seulu
Po wyjściu z lotniskowego terminala powitał nas dmuchany Haechi, seulowa maskotka, zmaterializowana jako wielki, przesympatyczny balon. Resztę wyprawy spędzałam na szukaniu wszystkich dostępnych pomników obecności Haechiego. Od ponad 15 lat różowy Haechi stanowi symbol koreańskiej stolicy, którym stał się po tym jak jego nieco mniej popkulturowy odpowiednik, Haechi chimera (psa, lwa i smoka) utrzymywał status obrońcy Seulu przez 600 lat. Dwa posągowe Haechi, ustawione przed pałacem Gyeongbokgung, miały bowiem ostrzegać miasto przed potencjalnym pożarem idącym od góry Gwanaksan.

Seul jest miastem nasyconych kolorów i wydatnych szarości. Jak przystało na kraj, który podciągnął się za sznurówki znacznie mocniej i z większym poświęcieniem niż inni, tam gdzie się dało i tam, gdzie ludzie zazwyczaj patrzą – wszystko jest niesłychanie imponujące. Wielkie parki, przestrzenne deptaki, galerie i budynki które prześcigają się w tym, jakie akurat wydarzenie będzie turystycznym soft power danego tygodnia. Jednocześnie kiedy na chwilę odwrócimy wzrok zobaczymy beton i magia na chwilę pryska. Ale spokojnie, zaraz wróci kiedy gotująca na nocnym markecie, starsza azjatycka “ciotka” popatrzy na nasze niezdecydowane twarze we władczym dialekcie angielskiego powie nam “Sit!”.

Koreański grill i szkolenia wojskowe
Niesłychannie sympatyczna jest koreańska kultura jedzenia. Stworzona z założeniem do dzielenia i wspólnego spędzania czasu przed wielkim garnkiem parującego bulionu. Albo panierowanego kurczaka. W wersji wegetariańskiej, nawet udawany koreański kurczak był poprostu perfekcyjny, zresztą wszystko w Korei było pyszne. Kolejnym jedzeniowo-kulturowym pierwiastkiem są nocne targi z jedzeniem, rzecz typowa dla części krajów azjatyckich. Na Myeongdongu zajadaliśmy się hotteokami, chlebem czosnikowym który, jak wszystko w Azji, był przede wszystkim słodki i polowaliśmy na rolki gimbabu. Nasi przyjaciele wracali co wieczór z naręczami nowych smaków HBAFów, koreańskich migdałów w smakach od czarnego sezamu po ciasto marchewkowe, które wspólnie recenzowaliśmy przy ceratowym stole.
W hali Gwangjang Market, która jest siatką niewielkich stanowisk z kilkoma krzesełkami dookoła starszych, gotujących Koreańczyków i Koreanek, byliśmy na początku nieco zagubieni, ale po pierwszym placku Yachaejeon, kiedy olej przelewał się przez serwetki nabraliśmy więcej pewności siebie. Typek z prawej od nas, też turysta, rozmawiał przez telefon kiedy zawartość jego talerza wiła się zawzięcie i chełpił się delikatnie, gdy inny przechodnie spoglądali na jego śmiały wybór kolacji. Lokals z lewej popijał soju, leniwie rozmawiając z właścicielką mikroprzybytku. Powietrze pachniało chilli i tłuszczem, czerwony sos z gochujangu pryskał nieznośnie ponad michy tteokbokków, a równie niesforne metalowe pałeczki wypadały z dłoni. W porównaniu do innych krajów, Koreańskie sztućce to wyższy poziom trudności.


Za dnia robimy przystanki w kafejkach, które prześcigają się w listach instagramowej viralowości. Kiedy pierwszy raz rezygnujemy z czekania w kolejce do piekarni operującej w hanoku, trafiamy na małą knajpę gdzie czas zatrzymał się w miejscu. Ręce kleją się od suszonych persymon, które w Seulu będziemy znajdować we wszystkich możliwych stanach skupienia. Do gimbabu dostajemy widelec i czujemy się trochę urażeni. A następnego dnia przemierzamy miasto do nowoczesnej kawiarni która ma sztuczny deszcz, i też jest super.

Jedziemy metrem dalej, najprostrzym w obsłudze systemem komunikacji z jakim w Azji mieliśmy do czynienia. Z drugiej strony, jeżeli zaczniecie od Tokio, to później wszystko będzie wydawało się prostrze. W rękach ściskamy telefony z odpalonym Naverem, aplikacją która zastępuje w Korei Google maps. Na ekranach pociągu pokazują filmy instruktarzowe co z robić w razie pożaru, nakładając na nie widocznie sztuczny dym. Przy przystankach, za szklanymi gablotami widać maski gazowe i racje żywnościowe. Na ścianach przed, znaki wskazujące, że tunele metra to też czasowe schrony, gdyby coś się stało.
Dziwny jest ten kraj, jednocześnie tak przyjemnie spokojny, gdzie wieczorami ludzie wychodzą na ulicę zjeść razem hot pot albo poimprezować w Hongdae, a który wydaje się być wiecznie gotowy na “coś”. Kilka dni później pojedziemy na granicę między Koreami, zobaczymy przez lornetkę północnokreańską flagę i żołnierza. Nasz przewodnik opowie nam o swojej rocznej służbie wojskowej, którą każdy dorosły koreańczyk odbywa po pierwszyk roku studiów.

Wtedy też dowiemy się jak tekturowy jest pokój pomiędzy Południem i Północą, który technicznie w oficjalnym znaczeniu tego słowa pokojem nie jest, i jak wiele propagandy tkwi po każdej ze stron. Ale też jak duże są nadzieje z tym lichym pokojem związane. Za każdym razem kiedy przewodnik opowiada o przyszłości i zjednaniu się Korei w jeden kraj, mówi nie “jeśli”, tylko “kiedy”.


Największy jamnik świata
Jest jesień, która we wschodniej Azji daleka jest od naszego błocka i nieszczęścia. Niebo jest niebieskie tak bardzo, że nie trzeba go sztucznie podbijać na zdjęciach. Prawie cały czas świeci słońce, parki i góry upruszone są drzewami prześciagającymi się w odcieniach żółci i czerwieni. A gór jest sporo, bo Seul jest nimi praktycznie otoczony. Wyjątkowy jest widok wielkiego miasta, kiedy stojąc w centrum można patrzeć na góry, wcale nie tak dalekie, i wcale nie tak niskie. Potem pojedziemy na wyspę Nami i okaże się, że czerwone klony mają w sobie tyle pigmentu, że aż ciężko uwierzyć w istnienie tak nasyconego koloru.
Jemy drugie śniadanie w parku Yeouido, gdzie w jesiennym słoneczku dzieci zajadają ramen a rodzice piją parującą kawę. Obok nas pani trzyma na kolanach małego, białego pieska. I on, i ona mają taki sam sweter. Innego dnia wjeżdżamy na centralną, najbardziej seulową atrakcję, czyli wieże widokową Seul Tower. We wschodniej Azji miasto nie jest pełne bez dobrej wieży widokowej. Pod nami morze kolorowych liści. Schodzimy z góry Namsan na południe i włóczymy się przez dzielnicę Itaewon. Ulice są wąskie i kolorowe. Z jakiegoś powodu ciągle pod górę.


Potem rozdzielamy się z naszymi przyjaciółmi i jedziemy szukać bułek. Nic nie sprawia mi takiej frajdy jak znalezienie jedzenia w fajnym kształcie, będziemy więc jeść misiowe bułki. Znacząco oddalamy się od centrum, ale nadal trzymamy się poręczy rzeki Han. Szukając moich bułek trafiamy przypadkiem do Tokio.

Dystrykt Gwangjin, część Seulu którą prawie olaliśmy, bo trochę daleko i mało podrodze, przeniosła nas na chwilę do Shinjuku. Albo czegoś pomiędzy Shinjuku, Shibuyą i Harajuku. Masa uliczek, większych i mniejszych, usłanych knajpami, kawiarniami i przede wszystkim sklepami. Wszystko jest bardziej modne, a średnia wieku odwiedzającyh widocznie niższa. Jest mnóstwo ludzi i bardziej pospiesznie, połowa stoi w kolejkach wylewających się na ulice. Jeszcze wieczór wcześniej sami staliśmy w takiej, próbując dorwać figurkę z anime, której główka jest większa od reszty ciała, więc nie oceniam ludzi którzy robią to po nowy krem albo breloczek. Znajdujemy misiowe bułki, na szczęście kolejka jest rozsądna. Na maksa urocze, było warto.

Potem idziemy szukać sceny rodem z scifi. Zanim dotrzemy do miejsca, które ma być prekursorem nowoczesności w designie i sztuce, a dowodem będzie to, że reklamuje je Tilda Swinton, tłumy rozrzedzają się i robi się na chwilę cicho. Mijamy szkołę podstawową, a przed nią mikrostragan, sklepik szkolny pod chmurką. Koreańczyk w średnim wieku sprzedaje na nim lody i przybory szkolne. Dwie ulice dalej parki kieszonkowe i niskie bloki robią superewolucję i zmieniają się w nowoczesne galerie. Wchodzimy, a na podłodze śpi ogromny (o-gro-mny) mechatroniczny jamnik, oddycha, strzyże uszami i subtelnie rusza nosem. Gdyby nie srebrne wdzianko, można by uznać, że żywy. No i dodatkowe kilka metrów długości.
Obok niego znajdziemy roboty. Jeden rusza się jak leniwy pająk, inny góruje nad odwiedzającymi. Pomiędzy nimi designerska marka sprzedaje perfumy. Na piętrze robotów będzie jeszcze więcej. Chwile później okaże się, że to bardzo osobliwy salon sprzedający okulary. Dziwnie nie pasuje to miejsce do reszty Seulu, a jednocześnie przez to, że nie pasuje, to pasuje i robi mi się w głowie równie dziwny dysonans poznawczy.



7 dni w Seulu – plan zwiedzania
To teraz trochę wycieczkowych konkretów. Nasz plan na 7 dni w Seulu wyglądał następująco:
Dzień 1
Lądowanie w hotelu, za baze obrazliśmy okolice Myeongdong market, kilka kroków od nas znajdował się wjazd na Seoul Tower. Wieczorem wypad na wspomniany Myeongdong. A poniewać lubimy wracać w miejsca które nam się podobają, niektóre rzeczy będą się tu powtarzać.



Dzień 2
Pierwszy pełen dzień w nowym miejscu lubię zaczynać od najbardziej klasycznych, “must-see” punktów na mapie. Z rana wyruszamy więc na Insadong Culture Street, gdzie sklepiki z bardziej konserwatywnym rękodziełem przeplatają się z artystami rysującymi na zamówienie ilustracje. Zamawiamy u jednej z ilustratorek portret naszego psa. Zahaczamy o Ssamzigil Craft Shopping Mall, które jest znakomitym mikrokosmosem małych rzemieślników, zwieńczonym pączkiem na szczycie.



Szybkim krokiem zmierzamy do Gyeongbokgung palace zobaczyć kompleks pałacowy i zmianę warty (dwa razy dziennie, sprawdźcie wcześniej godziny, warto). Następnie spacer przez Bukchon Hanok Village. W drodze powrotnej zahaczamy o świątynię Jogyesa i HiKR Ground, zbiór małych pokoi-scenografii do k-popowych teledysków. Obiad, odpoczynek, na kolację jedziemy do Gwangjang Market. Intensywny dzień, raczej odejmowałabym z niego rzeczy niż dodawała. 😉



Dzień 3
Zaczynamy od wyprawy do Starfield Coex Mall, zaliczyć tę słynną bibliotekę ciągnącą się po sufit. Miło zobaczyć, że korzystają z niej mieszkańcy, i służy nie tylko do nagrywania filmików jak człowiek wjeżdża schodami na górę. Potem obowiązkowy pomnik Gangnam Style nieopodal. Przy okazji odwiedzamy Sea Life Aquarium w tej samej galerii. Popołudniu wyruszamy na Yeonnam i Hongdae powłóczyć się po okolicy. Szukamy figurek z anime i trafiamy do flagowego sklepu Kakao Friends.



Dzień 4
Robimy wycieczkę na Nami Island, która jesienią jest idealnym miejscem na wypad poza miasto. Pechowo wybieramy niedzielę, więc poza nami na wyspie są tłumy. Wyspa jest niewielka, ale tłumy nawet w weekend nie są na niej tak odczuwalne. Są jednak odczuwalne w autobusie i na promie, a raczej w kolejkach na prom i autobus. Na wysepce można spędzić cały dzień przemierzając mniejsze i większe atrakcje, albo można połączyć ją ze zwiedzaniem okolicznych punktów na mapie.



Dzień 5
Rano wjeżdżamy na górę Namsan, tuż pod górującą nad miastem Seoul Tower. Schodzimy szlakiem prowadzącym przez Itaewon, a następnie spacerujemy przez pagórkowe uliczki. Zatrzymujemy się w kawiarnii Rain Report, która imituje wnętrze domu w deszczowy dzień.

Jedziemy przejść się po Dongdaemun Toy and Stationery Street, a potem na Seul Station kupić breloczek z różową maskotą Seulu. Wieczorem włóczymy się przez DDP i gramy w lola w Riot Bang. Nasze konta zalogowane do wschodnioeuropejskich serwerów ledwo zipią przez potężny lag.



Dzień 6
Wycieczka do strefy zdemilitaryzowanej (zorganizowana, z przewodnikiem) pomiędzy Koreą Północną i Południową. Wyruszamy o 8, wracamy pod wieczór. Korei Północnej nie można robić zdjęć, więc zgodnie z instrukcjami trzymamy telefony przy sobie.


Dzień 7
Rano jedziemy do parku Yeouido, zobaczyć miasto z perspektywy balonu Seouldal. Na drugie śniadanie wybieramy się do Koriko Cafe, jednej z najbardziej uroczych kawiarni w jakiej byliśmy, przypominającej piekarnię z ghibliowej Podniebnej Poczty Kiki. Następnie ruszamy na wchód, do Gwangjin, gdzie kupujemy misiowe bułki w Dalim Breat. A potem spacerem do Gentle Monster Haus Nowhere. Popołudniu obiad w Insadong a wieczorem ostatni spacer po Myeongdong.


Gdzie zatrzymać się w Seulu?
Tak jak wspominałam, my zatrzymaliśmy się w okolicach nocnego marketu Myeongdong. Lokalizacja w sam raz, żeby mieć blisko do stacji metra i centralnych punktów zwiedzania, a jednocześnie z perspektywą na zajęcie wieczorem. Jeżeli nie przeszkadza wam „żywa” okolica, to dobrym punktem wypadowym może być Hongdae, albo oddalone nieco Yeonnam.
Ile dni spędzić w Seulu
Nasz tydzień (z hakiem, bo nie wliczam do tego dni na transport z i do Busan, plus dni na lot do Chin i spowrotem) był idealny, żeby zobaczyć największe atrakcje, wybrać kafejki do odwiedzenia, ale też zwyczajnie powłóczyć się po miejscach poza główną ścieżką turystyczną. Z pewnością możnaby zagospodarować sobie w Seulu drugie tyle czasu, niemniej tydzień oceniam na w sam raz. 🙂

Transport
Jak to bywa w dużym mieście, metro działa doskonale i używanie go nie stanowi dużego problemu. My kończyliśmy często jeżdżąć autobusami żeby oszczędzić nieco nasze zmęczone nóżki, które również działały sprawnie (autobusy, nie nóżki, chociaż one też). Wszystkie opcje transportu publicznego obieraliśmy korzystając z aplikacji Naver. Po wylądowaniu zachęcam do wyrobienia sobie Climat Card, czyli karty transportowej do odbijania w pociągach i autobusach. Podobnie jak w Japonii, do komunikacji między miastami możemy korzystać z szybkiej kolei, więc wycieczka np. do Busan, na drugą stronę kraju, zajęła kilka godzin.
Podsumowując
Nie trzeba jarać się koreańskimi soft power, żeby w Korei bawić się doskonale. Ale podobnie jak wszędzie – pomaga to w docenaniu kulturowych detali. Nie czułam się jak w koreańskiej dramie przemierzając pałac Gyeongbokgung, ale wyobrażam sobie, że dziesiątki innych odwiedzających, którzy wypożyczyli kolorowe hanboki, zbliżyli się do tej fantazji wystarczająco blisko. A na koniec dnia, dokładnie o to chodzi.




Zostaw odpowiedź